Za chwilę wracam :)

Wiem, wiem… zaniedbałem ten kanał i skupiłem się tylko i wyłącznie na FB i Insta… na pisanie zabrakło czasu.

Ale wrócę, bo właściwie sporo się działo w tym sezonie i trochę pouzupełniam ten czas :)

Reklamy

Czas na test bojowy… czyli 2 miesiące po wypadku jedziemy na Cyklo Gdynię

46h i 1550km… tyle udało mi się zrobić od czasu wypadku wycieczek? przejazdów treningowych na rowerze… trochę siłowni w między czasie, dłuższych spacerów…

Z kolanem jest już bardzo dobrze w porównaniu z tym co było na początku, do tego stopnia nawet, że czasem się zapominam już i potem muszę zagryzać zęby po zrobieniu ruchu, którego robić jeszcze nie powinienem. Ale jest to dobry sygnał, gdy głowa już nie musi non stop myśleć o tym, że trzeba uważać.

Oczywiście nadal muszę, bo minęło dopiero niespełna 60 dni, a takie rany goją się podobno do 180, tak więc, nadal muszę uważać… co daje się odczuwać przy dłuższych wyjazdach na rower czy mocniejszych pociągnięciach na jakiś podjazdach.

Dlatego właśnie Cyklo Gdynia, która odbędzie się 4tego września, czyli dokładnie w ten sam dzień co finał Gran Fondo World Series w Perth, będzie dobrym testem kolana w warunkach bojowych. Czy to dobry pomysł? Zdania są podzielone, sam nie jestem na 100% pewny czy tak jest, ale z tyłu głowy mam „przełącznik”, którego nie zawaham się użyć w trakcie wyścigu i po prostu odpuszczę, jeśli uznam, że coś może się stać, co mogłoby mnie wyłączyć na jeszcze dłużej.

Druga sprawa to czy jestem przygotowany fizycznie, szczerze? obawiam się, że nie… nie sądziłem wręcz, że tak krótka przerwa, może tak wpłynąć na kondycję. Za często łapię zadyszki, pieką mnie uda i mam takie mini odcięcia. Ale może to chwilowa niedyspozycja, jakieś lekkie przemęczenie, nie wiem… dlatego też chcę pojechać Cyklo i zobaczyć jak pójdzie taki szybszy przejazd.

Dwa tygodnie temu byłem na objeździe trasy z Szefuńciem Sralpe Polska i jego znajomymi… nie był to do końca spokojny objazd, fakt, że sam sporo szarpałem i sprawdzałem lokalne hopki, żeby zobaczyć, czy noga w pewnym tempie da radę je podjechać. Nie było tak źle, powiedziałbym nawet, że nieźle…ale szybko mnie odcinało, dlatego raczej nie będę się wychylał na wyścigu a raczej ładnie trzymał się grupy i jakiegoś mocnego koła. Oczywiście na wyścigu wszystko może się zdarzyć, adrenalina, rywalizacja i może się okazać, że jednak będę próbował skakać, ale z drugiej strony to ma być test, dlatego będzie to dodatkowe wyzwanie, aby nie przedobrzyć.

Wiem jakie to trudne, bo widziałem to w oczach Zuzy, która w miniony weekend startowała w Mrągowie  w Volvo Triathlon Series, wiedząc, że nie biega… stopa nie pracuje, kolano też szwankuje. Pływanie poszło jej super a po rowerze była trzecia! Ale przyszedł czas na bieg, rozmawialiśmy, żeby się nie forsowała, ale spróbowała… widziałem, ze jest źle, że ją boli, dlatego w końcu do mety truchtała. Jak powiedział Grześ „Zuch” :) ukończyła 12 OPEN i 6 w kat.

Wracając do mojego startu, też będę musiał pamiętać o kolanie, żeby nie przedobrzyć, bo wczoraj trochę przesadziłem na niektórych hopkach, potem podczas „kąpieli” w jeziorze za szybko kucnąłem… no i kolano baaardzo bolało całą drogę do Warszawy. Więc z jednej strony fajnie, że tego bólu już nie ma i czasem już o nim zapominam, ale nadal muszę się pilnować.

No i wracając do hopek, dwa weekendy poza Mazowszem i zaczynasz się zastanawiać czy się gdzieś nie przeprowadzić, bo u nas tak płasko… a tu gdzie nie wyjedziesz, to hopka za hopką… Już doświadczyłem tego wcześniej w Brodnicy na MP Masters… a teraz w Trójmieście i na Mazurach…

A najlepiej widać to poniżej

6

Połówka Kampinosu – 86km i 74m UP

5

Stała Runda do GK – 55km i 113m UP

7

Trasa Szybkiej Setki – 106km i 240m UP

4

Wycieczka po Mazurach – 70km i 446m UP

3

Trasa na krótki trening – 53km i 348m UP

2

Taki przyjemny rozjazd – 45km i 337m UP

1

Trasa Cyklo Gdyni – 115km i 1065m UP

Jak widać różnice są ogromne, oczywiście jeśli brakuje wam przewyższeń, to jedziecie w każdą środę na Pętlę Kopernika i od 22 ciśniecie, robicie 30km i macie 300m UP :) Teoretycznie jest to jakieś rozwiązanie, taki trening górski w samym centrum.

Ale co poza tym? Niby można na wycieczkę do Warki… 200km i będzie prawie 500m UP, ale to wciąż płasko…

Dlatego czasem się zastanawiam, czy nie warto się gdzieś przeprowadzić? Tak żeby można było robić efektywniejsze treningi? Temat do przemyślenia a tymczasem… czekamy na Cyklo.

Przerwane przygotowania… czy rozejrzeć się to za dużo?

Kierowco, czy spojrzenie w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo to na prawdę tak dużo? Dla Ciebie to kilka sekund a dla nas kolarzy to często kwestia życia. To że nosimy kaski nie oznacza, że jesteśmy niezniszczalni.

Auto dla nas jest jak zderzenie z czołgiem czy ścianą…

Dla mnie było to już trzecie spotkanie z autem, do tej pory miałem więcej szczęścia niż rozumu, nauczyłem się jedynie że ufać można jedynie sobie, nie ma czegoś takiego jak zaufanie że kierowca jednak cię zobaczy… zwłaszcza, że często nie patrzą… A jak było tym razem?

Czwartek, bardzo ciepło, 2h w tlenie w planie treningowym. Fajny lekki trening bo można pojechać razem z Zuzą, może ktoś jeszcze będzie chętny. Głową właściwie już byłem w Wiśle do której mieliśmy wyruszyć za kilkanaście godzin, aby w sobotę wziąć udział w długo oczekiwany wyścigu, który miał być jednym z trzech najważniejszych sprawdzianów przed Mistrzostwami do których szykuję się od września.

Pojechały z nami jeszcze trzy osoby, dla jednego kolegi było za wolno, ale tak miało być, nogi miały odpocząć przed wyścigiem. Mieliśmy za sobą już 41km i jeszcze jakieś 15 do domu, właściwie już końcówka, rozjazd… przed nami jeden fajny zakręt, w prawo w dół w ulicę Baczyńskiego w Parcel-Obory, gdzie zasugerowałem Zuzi, żeby spróbowała trochę inaczej niż zwykle w niego wejść.

Ona ruszyła szybciej od kościoła w Słomczynie a ja chcąc jej jeszcze coś podpowiedzieć postanowiłem ją wyprzedzić, zobaczyliśmy jednak piasek na zakręcie więc spokojnie i bezpiecznie w niego wjechaliśmy. Miałem Zuze za sobą po swojej lewej stronie i został nam fajny zjazd Baczyńskiego… dwóch kolegów zostało kilkanaście metrów za nami i dobrze.

Na końcówce tego baaardzo krótkiego zjazdu jest uliczka po prawej stronie na którą zawsze się uważa… tym razem było tak samo, ale to co się wydarzyło niestety nie poszło po naszej myśli.

Najpierw z uliczki wyjechał motocykl, skręcając w lewo, już lekko wymuszając pierwszeństwo, ale wtedy jeszcze było chwilę czasu na reakcję, jednak zaraz za nim zauważyłem niebieskie auto dojeżdżające do naszej drogi, zwalniające… wtedy już w głowie krzyczałem „tylko nie wyjedź, spójrz w lewo”… już wtedy mocniej zacząłem skręcać w lewo, żeby w razie czego ominąć wysunięty przód maski tego auta…

Niestety auto nie zatrzymało się, a w naszej ocenie Pani nie spojrzała w lewo i ruszyła prosto za motocyklem, który prowadził jej mąż.

Czy naprawdę dojeżdżając do tej drogi nie zauważy się 4 osób na rowerach? Wątpię… chyba że się nie spojrzy…

Jak ruszyła zdążyłem jedynie krzyknąć „nieeee, kur#&@:, uwaga!!!”… próbowałem dalej uciekać w lewo, ale auto zamiast zwolnić wjechało prawie na wprost mnie… i tak bez szans na hamowanie uderzyłem w prawą stronę auta, i dalej razem z rowerem przeturlałem się ną lewo a potem dalej za auto na betonowe krawężniki… za mną bezpośrednio jechała Zuza, może z metr lub dwa za mną i chyba zdarzyła jeszcze przyhamować ale też uderzyła i chyba nawet przeleciała jeszcze przeze mnie… dokładnie nie pamiętam, to były przebłyski kolorów, niebieski, błękitny, zielony, czarny a na koniec wielki ból po prawej stronie, od stopy do łokcia… 

Usiadłem na nowiutkim krawężniku zacząłem „rzucać mięsem” widząc moje kolano, łokieć, kostkę i sporo szlifów… kask był na głowie. Pierwsza rzecz którą zrobiłem to krzyknąłem żeby ktoś dzwonił pod 112, potem cały się trzęsać sprawdzałem co z głową i szyją… potem co z Zuzą co z resztą. Widziałem że chłopaki stoją cali, Zuza krzyczy, ale ktoś się nią zajmuje, krzyknalem żeby leżała i się nie ruszyła, że będzie dobrze, niech nie panikuju. 

Kask to podstawa, jestem pewny że bez niego byłoby z nami o wiele gorzej

Byliśmy bardzo poobdzierani, wokół sporo ludzi, dojechało kilka osób, które mijalismy p trasie. Karetka była w drodze, ale sam jeszcze zadzwoniłem na wszelki wypadek, zabrałem garmina z roweru, poprosiłem chłopaków o zabranie zegarka Zuzy i porobienie zdjęć wszystkiego. 

Wtedy dopiero dotarło do mnie jak sam wyglądam i to było straszne… łzy w oczach, prawa kostka puchnie, wiązanie urwane, metalowa linka przerwana… w prawym kolanie dziura brakuje duuużo skóry, tkanek? Mógłbym chyba spokojnie piłeczkę do ping-ponga tam włożyć, widzę chyba kości, rzepkę, no na pewno nie tylko skórę ale i też mnóstwo ziemi i brudu… nie mogę ruszać łokciem, cały we krwi… w tym samym czasie dojechała karetka i zajęła się Zuzą, zdążyłem jeszcze zadzwonić po Maćka z Roadbike od którego pożyczyłem na testy rower, miał zabrać je do siebie i obejrzeć ale nie było co zbierać… ramy pęknięte w wielu miejscach, korby, kasety, przerzutki, koła… wszystko do kasacji…

Do mnie dopiero zaczęło docierać najgorsze, co z Australią, wtedy puściło, zacząłem kląć, co z kolanem, łokciem, kostką… co z przygotowaniami, wszystko od września było podporządkowane pod ten jeden start, w sobotę miałem wystartować w Pętli Beskidzkiej a za tydzień w Tatra Road Race… w dwóch najważniejszych sprawdzających formę wyścigach przed Perth… po 17 lipca miałem mieć badania wydolnościowe żebyśmy mogli wprowadzić ostatnie poprawki.

A dziś pisząc ten wpis, leżę w szpitalu już 3 dzień, łokieć w gipsie, mnóstwo ran i bandarzy i kolano po operacji… usztywnione opatrunkami… a każde wyjście do łazienki to mega ból i bezsilność… cały czas na antybiotyku, na zmianę co kilka godzin morfina lub ketonal dożylnie…  a na sen tabletki żebym mógł spać…

Jeśli ładnie będzie się goić to za 3 tygodnie może wsiadę za rower… łzy do oczu napływają… bo przez lenistwo i debilizm innych wielki plan trzyma się na włosku… wyścig opłacony, wiza zapłacona, badania, licencje… starty opłacone…wszystko do dupy, Wielka niewiadoma co dalej… Nie wiem jak ścięgna, mięśnie bo noga usztywniona, każdy ruch to ból, nawet na boku nie mogę leżeć.

Trzy, cztery tygodnie bez jazdy… Jeśli tylko tyle to bardzo dużo, zastanawiamy się z trenerem co dalej… tzn. czekamy aż kolano będzie ruchome… Ale obecnie źle to wygląda… Czy będzie pracowało? Teraz nie wiem…

Cieszę się jedynie że żyję, nie mam poważniejszych złamań i że Zuza jest prawie cała, ma zszyte kolana i złamany palec u nogi… Ale ze 4 tygodnie też w plecy.

Dlaczego ludzie są idiotami i nie mogą spojrzeć dokładnie, zwłaszcza, jeśli nie są u siebie.

Jest pełno Kampanii na świecie o tym, u nas chyba brakuje tego. Zacznijmy o tym mówić, bo to straszne co się dzieje. Sporo osób do mnie pisało, że mieli to samo miesiąc temu, rok temu.

Kierowcy!!! Do kur@&& nędzy, zacznijcie myśleć, nie jesteście sami na drodze.

Kończąc wpis chciałbym bardzo podziękować w imieniu swoim i Zuzy wszystkim, którzy pisali, dzwonili, bardzo pomogliście. No i oczywiście wszystkim którzy byli na miejscu wypadku i pomogli.

Jest ciężko, ale będziemy walczyć o powrót do treningów i ścigania.

Debiut…treningowo na plus

cov_ 0005

Koncentracja przed moimi pierwszymi Mistrzostwami Polski; zdj. Zbyszek Kowalski

Kiedy emocje opadły, głowa ochłonęła i analiza została wykonana, mogę spokojnie myśleć co dalej a jest o czym. Co prawda wyścig wszedł mocno w nogi bo jeszcze dziś pisząc ten wpis mam obolałe czwórki, a w niedzielę już kolejny start z serii ŻTC, ale teraz tydzień rege, więc nie muszę się tym bólem przejmować. Zresztą jak boli to rośnie ;) czyli i forma i mięśnie.

Bardzo przydał mi się objazd trasy, który wykonałem tydzień wcześniej podczas weekendu z Zuzą, która startowała w Brodnicy w Volvo Triathlon Series. Pamiętałem bardzo dobrze każdy zakręt, dziurę, wiedziałem dokładnie jak jechać. Obawiałem się jedynie wiatru, który wtedy dał mi mocno w kość, dlatego też stożki zostawiłem w domu, nie zabierałem ich żeby nie korciły. Ostatecznie byłem jednym z niewielu którzy jechali na „zwykłych” kołach, ale z drugiej strony wg mnie aż tak dużo na tej trasie by nie dały, na zjazdach i tak bardzo dobrze się czuję, więc nie traciłem w ogóle, zresztą nie było też za bardzo gdzie.

Pogoda sprzyjała, piękne słońce, między 24 a 26 stopni, sporo trasy w cieniu, było na prawdę przyjemnie. Po burzach i ulewach z poprzednich dni nie było nawet śladu, służby porządkowe wykonały świetną robotę, trasa była niemal idealnie przygotowana.

Miałem nakreślony w głowie plan od kilku dni, robiąc rozgrzewkę na trasie szukałem odpowiedniego miejsca na atak w końcówce, pozostawały dwa pytania, jak będzie wyglądał początek wyścigu i czy na tej trasie będą szanse na jakikolwiek atak, odjazd?

Najbardziej obawiałem się właśnie pierwszych kilometrów, nie znałem konkurencji, nie byłem pewny swoje formy względem ich poziomu, a wyścig zaczynał się dwoma lekkimi ale jednak podjazdami. Od początku nastawiony byłem na mocny początek, dlatego też mały blat od startu w gotowości, nie mogłem na początku odpaść na tył.

Na szczęście start nie był aż tak mocny, a tempo kontrolowali zawodnicy w pomarańczowych strojach, od początku bardzo aktywni byli zawodnicy Ośka Warszawa, którzy tego dnia wielokrotnie atakowali i właściwie których cały czas się trzymałem, nawet stwierdziliśmy, że mamy w końcu podobne stroje, to prawie, jak jeden team.

Wracając do wyścigu, początek jechało mi się bardzo dobrze, nawet zdecydowałem się na początku sprawdzić nogę na jednym z pierwszych podjazdów, jeszcze na dojazdówce do rund i na chwilę odjechać… oczywiście nikt od razu nie za bardzo był skory do mocniejszej pracy i ataków, dlatego za chwilę „wróciliśmy” do peletonu, ale już wtedy wiedziałem dwoe rzeczy, po pierwsze, noga podaje a po drugie, ucieczka nie będzie prosta, zresztą w końcu to Mistrzostwa Polski a ja jestem świeżakiem, który dopiero zbiera kolarskie doświadczenie.

 

Cały czas jednak starałem się być z przodu i nie ruszałem w ucieczki, początek pojechałem zachowawczo, kontrolując aby być cały czas w pierwszej 15-20. Jechaliśmy równo, ucieczek było dość sporo, ale wszystkie były w miarę szybko kasowane, jeśli dobrze pamiętam, żadna nie jechała dłużej niż 10min. Trasa na to nie pozwalała a peleton jechał cały czas dość mocno, chociaż nerwowo i szarpiąc. Podjazd ogień, na górze zluzowanie, w dół i podjazd ogień i luzowanie i tak w kółko, pracy było dość sporo.

cov. 0155

Zdj. Zbyszek Kowalski

Cały wyścig, czyli 112km przejechałem ze średnią 41,6km/h co jest moim dotychczasowym rekordem, a trasa była bardzo pofałdowana co zresztą widać na poniższym podsumowaniu.

MP1

MP2

Było oczywiście jak zawsze nerwowo zwłaszcza na pierwszych rundach, gdy większość osób nie znała jeszcze trasy, zakrętów czy kilka dziur przez co jednego kolarza ktoś zepchnął, dosłownie w rów, bo przecież inaczej wjechałbym w małą dziurę. Druga kraksa, którą widziałem i prawie w niej uczestniczyłem była na jednym z lekkich podjazdów na którym był mały zaokrąglony krawężnik, przy którymś jeden z zawodników lekko przyhamował, a drugi za nim naciskając mocno na pedały, musiał również w ostatniej chwili zacisnąć hample i sam przeleciał przez kierownicę blokując przednie koło… i to był zawodnik jadący bezpośrednio przede mną… zdążyłem tylko awaryjnie lekko wypiąć jedną nogę i balansując jakimś cudem go minąć, chociaż miałem wrażenie, że niemal po nim przejechałem.

A myślałem tak, gdyż przez ok 1/3 okrążenia miałem coś w kole, co wyglądało jak numer startowy i bałem się, że być może agrafka jest wbita w oponę. Nie mogłem się zatrzymać i tak z tym jechałem, próbując zaciskać przedni hamulec żeby odleciało i w końcu się udało. Jak się później okazało był to kawałek spodenek, który w jakiś dziwny sposób zerwałem? Ciężko powiedzieć, to się wydarzyło zbyt szybko, ja najbardziej się obawiałem, że uderzyłem pedałami w plecy tego kolegę.

Jedna za ok jedno okrążenie pojawił się on cały i zdrowy z przodu, pogadaliśmy chwilę, a za kilkanaście minut poszliśmy razem w ucieczkę, która niestety też szybko została zlikwidowana, za mało osób chciało pracować, zresztą nie ukrywam, że ja w tym momencie też byłem chwilowo zmęczony po jednym mocnym pociągnięciu na hopce.

cov. 0120

Z przodu kolega, który leżał; zdj. Zbyszek Kowalski

Około 80km zaczęły łapać mnie skurcze, powróciły moje „demony”, ale wiedziałem co robić, żeby aż tak nie przeszkadzały, po pierwsze nie stawać w pedały i polewać nogi wodą. Było całkiem nieźle, wszystkie podjazdy na siedząco i było prawie ok.

Nerwy zaczęły się, gdy okazało się, że już zjeżdżamy do mety i nie ma jeszcze jednej rundy a liczniki wskazywało co innego. Okazało się, że runda nie ma 10 a 9 km i było lekkie zamieszanie z tego powodu. Każdy zaczął nerwowo wcinać żele, banany, pić, wyrzucać puste bidony, bo przecież zostały ostatnie kilometry. Zaczęło się przepychanie do przodu, każdy chciał być na jak najlepszej pozycji.

Cały czas trzymałem się środka grupy, wiedziałem, gdzie będę chciał spróbować swoich sił, peleton jechał już równo i szybko, nie było spowolnień, zaczęło się odliczanie i oczekiwanie na nawrót na 400m przed metą, to był najtrudniejszy moment w całym wyścigu. Na 10km przed metą, gdy próbowałem przejść do przodu i stanąłem w pedały, czwórki odmówiły pracy, zabolało, polewałem nogi dalej wodą, ale nie wiele to pomagało… zacząłem kalkulować, jedyna szansa to ucieczka ale jak skoro nie mogę przycisnąć, mięśnie już bolały, bidony prawie puste, a w grupie z przodu przepychanki i bluzgi.

Dałem sobie jeszcze chwilę, ale na 6km przed metą wiedziałem, że finiszu, takiego jak bym chciał nie będzie, skurcze nie ustępowały, a łokcie poszły w ruch, a przed nawrotem będzie jeszcze zwężenie bo roboty drogowe… kilka osób łapie jeszcze gumę, strzelają szytki, ktoś próbuje po chodniku objechać grupę, za co ostatecznie zostaje zdyskwalifikowany. Osoba którą uważałem za jednego z faworytów odpuszcza i ostatecznie zalicza DNFa.

Przemyślałem sprawę raz jeszcze i razem z jednym z kolegów z Ośki postanowiliśmy przed zwężeniem zjechać do tyłu i spokojnie finiszować z grupą. To była chyba dobra decyzja, biorąc pod uwagę fakt, że moim priorytetowym startem jest Australia i tam będę walczył do upadłego. Szkoda byłoby teraz naderwać mięsień czy zaliczyć jakąś głupią kraksę. A w czołówce działo się, walka o drugie miejsce na łokcie, połamane szprychy i jeszcze kilka dziurawych opon.

Ostatecznie wjechałem na metę na 43 miejscu z 61 osób, które ukończyły z 17 sekundami straty do drugiego, 10 osób wycofało się w trakcie, treningowo był to bardzo dobry start. Po analizie wykresów, tętna i jedzenia, odwodnienia nie było, a skurcze to raczej nadal niedobór minerałów i  brak rozciągania, nad którym nadal pracuję.

Teraz jednak będzie go znacznie więcej i do tego kupiliśmy roller. Nie ma nie mogę, trzeba to potraktować priorytetowo, bo już było dobrze, i wróciło.

Doświadczenie zebrane, głowa pracuje, noga podaje… podsumowując, jest progres i to duży, czas przełożyć go na lepsze wyniki.

#ItsAllUpToMe

 

Kampania Majowa czyli 1515km i 6 wyścigów w nogach

To był na prawdę ciężko przepracowany miesiąc, o czym może nie świadczy ilość zrobionych kilometrów, bo 1515km to może nie tak dużo dla osób sporo jeżdżących, ale w tym jednym miesiącu zaliczyłem 6 wyścigów w tym dwa po górach.

Maj

26 razy na rowerze, raz na siłowni – trochę tego było, ale regularność kluczem do sukcesu

Zmęczenie tym wszystkim a także końcówka zbiórki z Polak Potrafi czy kolejne zakończenie miesiąca punktowanych treningów Pętli Kopernika tak zajęły mi głowę, że napisanie tego wpisu trwało wieki… dokładnie po wrzuceniu powyższej grafiki minęło 12 dni… Ale dziś stwierdziłem, że trzeba się za to zabrać i dalej pisać co się u mnie dzieje i jak minął ten maj.

O pierwszych wyścigach już było, potem nadeszły Mrozy, dość dziwny wyścig, pomijając 14 rund, gdyż na starcie było nas 12stu… tak dwunastu. Przez pierwsze 8-9 okrążeń było raczej spokojnie, kilka osób próbowało pojedynczych odjazdów, nawet ja raz tak dla treningu, bo strategia i plan były dość jasno określone.

Potem dopiero zaczęło się ściganie, gdy Darek Kołakowski na chyba 11 okrążeniu postanowił po raz trzeci odjechać, my (peleton, a raczej reszta) zaczęliśmy powoli go ścigać, ale jak się okazało zbyt wolno, potem odskoczył jeden kolega, którego niestety zignorowaliśmy, sądząc, że nie dojdzie Darka. To był błąd, gdyż udało mu się i razem dojechali do mety a my grupą finiszowaliśmy. Zdążyliśmy przed deszczem, który spadł ok 40min później, podczas biegu, który był rozgrywany na naszej rundzie. A ja w ramach rozjazdu postanowiłem jechać obok biegnącej Zuzy i ją dopingować. Deszcz przemoczył nas do cna, ale wyjazd do Mrozów był dla nas bardzo motywujący.

Kolejny na rozkładzie weekend był wyzwaniem i kolejnym testem, gdyż były to dwa wyścigi, jeden w sobotę w Rawie Mazowieckiej  a drugi w niedzielę w Nowym Kawęczynie. W związku z tym, iż jeden wyścig był oddalony od drugiego o kilkanaście kilometrów postanowiliśmy spędzić ten weekend nad Zalewem Tatar, który okazał się świetnie zagospodarowanym miejscem, zarówno dla urlopowiczów jak i sportowców, ja miałem gdzie pojeździć a Zuza pobiegać i popływać.

 

Jednak, wracając do ścigania, jak wspomniałem na początku, to był test dla nóg, jak zniosą dwa pod rząd wyścigi. Z tego też powodu plan był prosty, w sobotę mądrze i z głową, bez szarpania (na ile się da), bez zmian czy ucieczek. Prawie się udało, prawie, gdyż było sporo akcji zaczepnych, więc starałem się żadnej nie odpuścić, ale jednocześnie też żadnej nie spawać.

Raz po jedynym szybszym zjeździe trochę przez przypadek udało mi się odjechać grupie i przez chwilę z jednym zawodnikiem uciekaliśmy, ale pamiętając plan, nie cisnąłem za mocno i w końcu grupa nas doszła. Dalej do końca już równo, schowany jechałem z peletonem. Niestety na ostatnim okrążeniu na jednym jedynym podjeździe, na który wjeżdżałem jako drugi i może trochę za mocno poszedłem, złapały mnie straszne skurcze (czwórki jednocześnie w lewej i prawej nodze), aż musiałem się wypiąć i zatrzymać żeby je „przełamać”… od tamtej pory już dbam o tę kwestię i póki co to był ostatni raz :)

Wracając do wyścigu, po tej „awarii” szybko wsiadłem i zacząłem gonić grupę, miałem ich przed sobą ok 150-200m i wiedziałem, że za chwilę będzie moment, gdzie na zjeździe mogę ich dojść i się udało, niestety wyprułem się totalnie i właściwie przez kilka najbliższych kilometrów dochodziłem do siebie po tej pogoni. Na finisz już trochę zabrakło energii, ale kilka osób jeszcze udało mi się wyprzedzić.

 

Kolejny był Nowy Kawęczyn, wyścig od którego zaczynałem w zeszłym roku przygodę z takim ściganiem i na którym wypadłem z trasy… w tym roku zakręt na którym się to wtedy stało brałem już jak należy ;) Co do wyścigu to była wielka niewiadoma, jak nogi po dniu poprzednim, czy jest moc, wytrzymałość, świeżość? Okazało się, że nie odczuwam bólu czy zmęczenia, co było dobrym prognostykiem i jechałem dość zmotywowany na linię startu.

Początek był, przynajmniej miałem takie wrażenie lżejszy niż rok temu, a może to jednak ja stałem się mocniejszy, sprawdziłem i w tym roku było szybciej, czyli jest progres. Szybko jednak okazało się, że przy mocniejszych pociągnięciach brakuje chwilowej mocy, jakbym stracił 1/3 WATów… dochodzenie do ucieczek było bolesne i szybko odcinało prąd. Czyli jednak zmęczenie było, ale inne niż się spodziewałem, gdyż do ostatniej rundy jechałem równo z czołówką i wytrzymałościowo było ok, ale na pół okrążenia przed końcem nie było mocy na odpieranie ucieczek czy ataków, brakowało WATów, szybko odcinało i pomimo, że finiszowałem, to szału nie było.

Cieszy jednak fakt, że jestem w stanie przejechać jeden wyścig po drugim w czołowej grupie, wstydu nie było.

Jednak należało wrócić już do Warszawy i szykować się do kolejnego wyścigu i to nie byle jakiego bo drugiego w tym sezonie wyścigu po górach i siódmego pod rząd… tak to była taka wisienka na koniec.

 

Ten wyjazd był jednak trochę inny niż wszystkie, tak to już jest jak się jedzie z ekipą :) Maciek Hop z Pandą wszystko zorganizowali i tak pojechaliśmy wesołym Traffic’iem w stronę Novej Leśnej na Słowacji… o zgrozo, oczywiście był to długi weekend, Zakopianka stała, więc po kilku wskazówkach od Wujka Googla postanowiliśmy jej część ominąć :) i tak zmierzyliśmy się z kolejnym problem, sztywnymi podjazdami, których wypełniony bus może nie dać rady. Oczywiście byliśmy nimi zafascynowani, bo jaki byłby tu fajny wyścig, dobra sztajfa… ale jak zobaczyliśmy jak jedna ekipa pcha swojego busa, postanowiliśmy wysiąść, żeby Maciek spokojniej mógł podjechać. I tak po 10h jazdy dojechaliśmy na miejsce, uff :)

A teraz szybko na rowery, trzeba przecież rozruszać nogi po takiej długiej podróży i tak zrobiliśmy 50km i prawie 1000mUP, niby razem, ale każdy swoje, jedynie udało się zrobić kilka wspólnych fot na Štrbské Pleso. Oj Ładnie tam, warto było podjechać.

 

Oczywiście mieliśmy jeszcze jeden wolny dzień, więc trochę pozwiedzałem, zrobiłem rekonesans części trasy, między innymi ostatni 3km podjazd, tzw. Hrebienok, a było to ważne, dzięki temu wiedziałem, żeby trochę zostawić sił na końcówkę, bo nie jest na Jarnej byle jaka. Gdy masz w nogach 115km i wiesz, że czeka cię tylko, a może aż jeden jeszcze, może krótki, ale dość wymagający podjazd ze średnim 9%, to ważne, jest żeby wcześniej się z nim zapoznać. I pomimo, że miałem wrażenie że jadę go w ślimaczym tempie to okazało się, że jest znacznie szybciej (15:53 vs 22:12) niż dzień dwa dni wcześniej na rozgrzewce :) Oczywiście najlepsi podjeżdżali to o wiele szybciej, ale ja z tego startu i tak jestem bardzo zadowolony, ale o nim jeszcze za chwilę.

Wracając do okolic Vysokich Tatr czy Smokovca, okolica jest piękna, widoki boskie do Popradu „rzut beretem”, jednak przez 3-4 dni można tu zjechać prawie całą okolicę, oczywiście rowerem i zobaczyć to co jest godne polecenia.

 

Sliezsky Dom, czyli taki „rozjazd” na dobicie nóg, dzień po wyścigu :) tak to był hardcore, brakowało mi ręcznika a może czapeczki? po 25 minutach już przestały mi przeszkadzać potoki potu spływające z czoła a do góry było jeszcze 16min… 9,8km średnie 10% i 645m w pionie… taki właśnie chłopaki zafundowali mi rozjazd… ale warto było i dziękuję za to :) serio, widoki na koniec sprawiły, że zapomniałem o tym 41minutowym podjeździe.

Hmm, a teraz może trochę jeszcze o wyścigu, który sam w sobie jest bardzo ciekawy, zwłaszcza początek. Pierwsze 56km to praktycznie głównie zjazd w dół, więc do tego momentu średnią miałem 43km/h, oczywiście były dwa podjazdy, jeden na 7km, ale te 2km w grupie podjechaliśmy ze średnią 34km/h więc było na prawdę szybko. Problemem był fakt, że była to na prawdę wielka grupa, jakie zdziwienie było gdy niektórzy w tym ja nie zmieścili się na rondzie i jechali między zdezorientowanymi kierowcami zatrzymanymi przed służby pilnujące wyścig :)

Ale po wspomnianych 56km zaczęła się walka i pierwsze kraksy, właściwie to widziałem jedną, właściwie jednego kolarza, który jednak dość konkretnie rozciągnął peleton i zaczęła się walka… Niestety nie wytrzymałem tego i podczas walki na rantach odpadłem na 63km z pierwszej grupy, potem walcząc z kilkoma osobami na leśnych podjazdach niestety po 10km zostałem w parze z kolegą, z którym do około 92km próbowaliśmy gonić czołówkę, ostatecznie co skończyło się tym, że dopadła nas druga grupa i znowu zaczęła się szybsza wspólna jazda.

Oczywiście w końcu dopadł nas przez wszystkich oczekiwany deszcz, a właściwie tak lunęło, że w ciągu 10minut nie mieliśmy już nic suchego a w butach mieliśmy mini kałuże. Ale trochę to pomogło, gdyż trochę spadła temperatura a było dość duszno. Gdy dojechaliśmy do przedostatniego podjazdu Vyšné Hágy znowu wszystko się porwało i jechałem właściwie sam.

Jako, że na poprzednim wyścigu w górach zostałem objechany przez jedną dziewczynę, tym razem nie mogłem sobie na to pozwolić a widziałem jedną przed sobą na tym podjeździe, i miałem do niej około 200m. Wiedziałem, że potem będzie długa 9km prosta przed wspomnianym wcześniej Hrebienokiem i tam będę miał swoją szansę. Równo ale mocno podjechałem do góry i ruszyłem w pogoń wyprzedzając kilka osób, a trzy w tym wyprzedzona dziewczyna siedli mi na koło. Zdecydowałem się na odjazd na ostatnich 3km, tak żeby zrobić sobie przewagę przed wspinaniem się po „H”.

Na metę dojechałem mega zadowolony, pomimo, że wydawało mi się, że stanę na „H”, ale jak już wspominałem nie było aż tak wolno. Sam wynik może i nie zachwyca bo 77 miejsce, szału nie robi, ale ważne, że jest spory progres zwłaszcza jeśli porównam ten start nawet z Klasykiem Beskidzkim, który był kilka tygodni wcześniej. Jak określił to trener, kolejny etap przygotowań za nami i wchodzimy w decydujący, czyli ostatnie szlify i regenerowanie nóg przed Australią, co oczywiście nie oznacza obijania się.

Najbliższy start to Mistrzostwa Polski Masters w Brodnicy, już 19 Czerwca, trasę objechałem w miniony weekend i wg mnie, będzie to najtrudniejsza trasa spośród moich tegorocznych. Zwłaszcza, jeśli będzie tak wiało jak podczas mojego objazdu. Obstawiam, że wyścig może się rozstrzygnąć już na pierwszych 20km na dojeździe do rund, ale obym się mylił. Zobaczymy jak będzie.

Sporo się działo, ale teraz wpisy będą już bardziej regularnie i nie że jeden na miesiąc :)

Następny już za tydzień, czyli relacja na gorąco z Mistrzostw Polski.

PS. Licencja już wyrobiona :) Czas szykować się już do wyjazdu do Perth.

Omlety, om nom nom

W związku z licznymi zapytaniami o przepis na omlet mocy, postanowiłem się z Wami nim podzielić, bo to żadna tajemnica :) Podpatrzyłem go u kolegi na obozie treningowym w Calpe, który od dawna go wcina, tylko każdy na swój sposób i właściwie Wam także polecam pewnego rodzaju improwizację.

Dotychczas sprawdził się właśnie w Hiszpanii, podczas czterogodzinnych treningów w tlenie oraz jako wsad przed wyścigowy. Największą jego zaletą jest dość długie uwalnianie się wartości odżywczych. Dzięki temu np. 4h w tlenie mogę jechać na samej wodzie bez dodatkowego jedzenia (chociaż zawsze na wszelki wypadek mam ze sobą banana).

Podczas samych wyścigów oczywiście pomagam sobie żelami Etixx, ale tam jest całkowicie inna spalanie i większa potrzeba energetyczna. Oczywiście na wyścigu Izo z węglami ETIXX CARBO-GY to podstawa plus drugi bidon z magnezem  ETIXX MAGNESIUM 2000 AA, co zapewnia już full zestaw ze wsadem w postaci omletu na dwie godziny przed wyścigiem.

Ok to przechodząc do przepisów, podam wam dwa, na Omlet Mocy oraz Omlet na słono, który ostatnio robiłem po raz pierwszy na standardowe śniadanie w ciągu tygodnia, bo przecież to najważniejszy posiłek w ciągu dnia ;)

OMLET MOCY (przepis na wyścig)

Składniki:

  • 4 jajka
  • duża szklanka płatków owsianych, najlepiej tzw. górskich
  • 2 banany
  • garść żurawiny
  • garść dowolnych orzechów lub słonecznika
  • i co jeszcze chcecie :) ja dodaję czasem len mielony jeszcze
  • miód do posmarowania gotowego omleta na wierzchu
  • coś do smażenia – ja używam oleju kokosowego lub masła osełkowego, w dość dużej ilości

Przygotowanie:

Teoretycznie wszystko mieszamy w jednej misce, ale najlepiej w takiej kolejności.

Rozbijamy cztery jajka i dobrze je mieszamy (jeśli chcecie możecie je lekko ubić, ja nie widzę, potrzeby, ale improwizacja czasem przynosi dobre efekty), następnie dodajemy owsiankę i len (jeśli go dodajecie) i ponownie wszystko dobrze mieszamy. W tym momencie dobrze już zacząć rozgrzewać patelnię.

Banany kroimy w kostkę, najpierw wzdłuż na „krzyż” a potem w plasterki i dodajemy do wcześniejszej mieszanki z resztą dodatków.

Taką mieszaninę wlewamy w całości na rozgrzaną patelnię, formując ją na płaski około centymetrowy „omlet”, brzegi łopatką dociskamy do środka, żeby zrobiła się „ścianka”.

I teraz musimy wyczuć kiedy będzie trzeba przerzucić omlet na drugą stronę, w skali od 1 do 9 proponuję ustawić palniki/grzałki na około 7.

Stopień wysmażenia zależy od Was, najtrudniejsze jest przerzucenie na drugą stronę, ale najczęściej się udaje zrobić tzw. „flipa” w powietrzu ;)

Gotowy omlet smarujemy z wierzchu dokładnie miodem dzięki czemu nie jest suchy z wierzchu. Czekam na Wasze zdjęcia, poniżej moje sprzed dwóch miesięcy, ale postanowiłem pisząc ten wpis, że nagram cały proces i dorzucę tutaj lub na stronę :)

OMLET NA SŁONO (coś na fajne śniadanie)

Składniki:

  • 4 jajka
  • 2 duże łyżki czubate mąki
  • dowolna wędlina (ja użyłem suchej krakowskiej), kilka plasterków, wg uznania
  • 2-3 plasterki sera żółtego
  • świeże pomidory i zielone pesto do przybrania z wierzchu gotowego omletu
  • coś do smażenia – ja używam oleju kokosowego lub masła osełkowego, w dość dużej ilości

Przygotowanie:

I ten jest trochę trudniejszy, może bardziej wymagający, bo teoretycznie też wszystko mieszamy w jednej misce, ale…

Najpierw należy pokroić w drobną kostkę wędlinę i ser żółty, odłożyć na bok i niech czekają na swoją kolej.

Z jajkami jest więcej zabawy, bo musimy oddzielić białko od żółtek. Samo białko do miski w której będziemy wszystko mieszać a żółtka na bok. Białka musimy ubić na sztywną pianę, najlepiej mikserem na największych obrotach.

W tym momencie dobrze już zacząć rozgrzewać patelnię. Potrzeba sporo oleju lub masła, żeby omlet się nie przypalił.

Jak już będzie piana dodajemy do niej żółtko jednocześnie miksując na małych obrotach a potem dosypujemy mąką. Na koniec dodajemy wędlinę oraz ser nadal miksując całość na niskich obrotach.

 

Taką mieszaninę wlewamy w całości na rozgrzaną patelnię, powinna ładnie się rozlać i teraz cierpliwie na niezbyt dużym ogniu czekamy aż zacznie nabierać kształtu i „puchnąć”.

I teraz ponownie musimy wyczuć kiedy można, tym razem przekręcić omlet na drugą stronę, przerzucanie na tzw. „flipa” może go spłaszczyć. Ponownie stopień wysmażenia zależy od Was, najtrudniejsze jest przerzucenie na drugą stronę.

Na gotowy omlet dodajemy pokrojone w kostkę pomidory wymieszane z pesto :)

 

Smacznego ;)

Pierwsze koty za płoty – Początek sezonu, 5tyś w nogach…

Bez tytułu

Sezon ruszył na dobre :) za mną pierwsze starty na szosie a w nogach już ponad 5 300 kilometrów, czas na mocniejsze tyranie. Co nie oznacza, że do tej pory się leniłem, bo jak widać na powyższym obrazku było kręcone i to dość konkretnie.

Co ważniejsze jednak, okres przygotowawczy został zweryfikowany najpierw przez pierwszy w tym sezonie wyścig w cyklu ŻTC Super Prestige w Grójcu, czyli mocne ściganie po płaskim Mazowszu, w weekend majowy zweryfikowałem swoją moc podczas Klasyku Beskidzkiego, czyli sprinterskie ściganie po górach i w ostatnią niedzielę ponownie zmierzyłem się w kolejnym ŻTC Super Prestige, tym razem w Mińsku Mazowieckim.

Po tych trzech startach bardzo dużo się dowiedziałem w którym miejscu jestem a osiągnięte wyniki pokazały, że wszystko idzie zgodnie z planem i można dalej ciężko pracować, bo w końcu forma ma przyjść na wrzesień, tak wszystko jest ustawione.

Teraz każdy kolejny wyścig to szlifowanie formy, zbieranie doświadczenia i budowanie mocy, krok po kroku, tak, żeby organizm był w miarę możliwości wypoczęty na końcówkę sezonu czyli na najważniejszy start, na Perth. Oczywiście nie oznacza to siedzenia w domu, bo treningi są i będą coraz mocniejsze a wyścigów przede mną jeszcze kilkanaście. Maj będzie bardzo trudny, ale ma zweryfikować poziom przygotowania, tak, żeby był jeszcze czas na modyfikacje planu.

Najbliższe starty przede mną to:

  • 14 Maj ZTC Super Prestige Mrozy
  • 21 Maj ZTC Super Prestige Rawa Mazowiecka
  • 22 Maj ZTC Super Prestige Nowy Kawęczyn
  • 28 Maj Jarna Klasika

Trochę tego będzie, ale przyjdzie Czerwiec, w którym będzie chwila na regenerację i złapanie oddechu przed lipcem, na który zaplanowałem 3 starty w Górach. Potem Sierpień to powrót na płaskie trasy i tak już do Perth. Wstępnie w planie jeszcze 12 startów, ale to wszystko będzie zależało od poziomu zmęczenie, być może coś dołożymy, lub z czegoś zrezygnujemy.

Najważniejsze, że wszystko póki co idzie zgodnie z planem.

No właśnie, zapewne zastanawiacie się jak poszły mi pierwsze starty, gdyż pisałem o nich tylko w telegraficznym skrócie na stronie proAmator przy linkach z wyścigów.

sIMG_0851

ŻTC Super Prestige w Grójcu, 24 Kwiecień 2016

Grójec był pierwszym poważnym testem dotychczasowych przygotowań i pierwszym w tym sezonie wyścigiem z serii Super Prestige Żyrardowskiego Towarzystwa Cyklistów. Niestety z tego powodu powstało lekkie zamieszanie i start opóźnił się o około 40min… były problemy z opłatami , numerami, część osób miało takie z zeszłego roku i i musiały być sprawdzone.

Przez to wszystko cała strategia z jedzeniem odpowiednio wcześniej, rozgrzewką poszła „w krzaki”… większość startujących siedziało w autach ponieważ było bardzo wietrznie i zimno, ok 9 stopni, nie było przyjemnie niestety.

Gdy w końcu udało się ruszyć, jechaliśmy 15km/h na tzw. „start ostry” przez co wszyscy jeszcze bardziej zmarźli, no ale nic… w końcu udało się dojechać do „kreski”, 30sek, szybko wciągnąłem już pierwszy żel ETIXX ENERGY GEL – GINSENG & GUARANA, który dzięki zawartości alkoholu w sobie szybko się wchłania a jednocześnie bardzo powoli uwalnia  węglowodany, ponieważ zawiera je w różnej postaci. Dzięki temu bardzo dobrze sprawuje się na początku oraz w środku wyścigów.

Wyścig przez dość mocny wiatr był od początku bardzo mocny i szarpany, przez co prawie wyplułem płuca. Jednak dzięki determinacji i założeniu żeby utrzymać się w pierwszej grupie udało mi się mieć blisko siebie Darka Kołakowskiego. Największymi problemami były zakręty, na których niestety wiele osób mocno zwalniało, przez co potem było ostre grzanie.

sIMG_0525

Niestety na jednym z ostrzejszych zakrętów na 74km dopadły mnie potworne skurcze w „czwórkach”, jednocześnie w prawej i lewej nodze i musiałem na siłe „przełamać” nogi, żeby kręcić dalej… niestety z tego powodu odpadłem z pierwszej grupy i po chwili jazdy samemu zostałem dopadnięty przez drugą grupę. I tak już do końca leciałem wspólnie pracując z 9 chłopakami do samej mety.

Niestety skurcze do samej mety dawały o sobie znać i wiedziałem, że trzeba wrócić do pełnej suplementacji i rozciągania :) Ostatecznie wyścig oficjalnie ukończyłem na 17 miejscu ze stratą niecałych 11 minut do zwycięzcy co przy czasie całego wyścigu 03:14:58.556 było całkiem niezłym wynikiem, jak na pierwszy start.

Następny przede mną był Klasyk Beskidzki, który rozegrany miał być 3 maja, dzięki czemu majówkę zaplanowaliśmy w Beskidach w Wysowej Zdrój, znajdującej się kilkanaście km od startu. Wysowa okazała się pięknym miejscem a drogi którymi jechaliśmy idealnymi na długą podróż, było na czym oko zawiesić.

Za takie właśnie widoki uwielbiam Polski krajobraz, po spędzeniu kilku dni w tamtych rejonach nie chciało się wyjeżdżać, małe miasteczko z pięknym dużym zbiornikiem wodnym i fajnymi trasami na rower. W trójkę dzielnie kręciliśmy zwiedzając te malownicze okolice, a bateryjki ładowały się pozytywną energią.

Pogoda oczywiście też nam dopisała, było wręcz idealnie, nie za gorąco ani za zimno, trochę wiało ale w takich okolicznościach przyrody w ogóle to nie przeszkadzało.

Dzień przed Klasykiem zrobiliśmy sobie wycieczkę już autem nad sam zbiornik, który z bliska był jeszcze większy niż wyglądał, niestety nie można było dostać się na tamę gdyż była bardzo szczelnie zamknięta, niczym wojskowa baza.

Wysowa to miejsce do którego jeszcze na pewno wrócimy, a co z wyścigiem? No właśnie Klasyk przed nami, to oznaczało, że wycieczki, które zaplanowaliśmy prowadziły po trasie wyścigu. Dobry rekonesans to podstawa do odpowiedniego rozplanowania sił i poznania mankamentów trasy.

Był właściwie tylko jeden, zjazd zaraz za podjazdem za Hańczową, na którym było sporo żwiru był też dość wąski a asfalt nie najlepszej jakości. Ostatecznie podczas samego wyścigu zjeżdżałem tam sam, więc wszelkie obawy uleciały z powietrzem.

Jednak tak czy inaczej, jeśli tylko jest taka opcja rekonesans trasy to świetna sprawa, oczywiście wyścig i tak wszystko zweryfikuje. Klasyk zweryfikował sporo :) noga na góry jeszcze za słaba i trzeba jeszcze sporo pracy, z drugiej strony Perth nie będzie zbyt górzyste, ale kilka miejsc będzie wymagało jazdy „w górę”, dlatego takie starty są bardzo potrzebne. Przede mną w najbliższym czasie Jarna Klasika, Tatra Road Race i TdP Amatorów gdzie będziemy sprawdzać formę na górskich wyścigach.

Klasyk a zwłaszcza jego początek mnie zniszczył, znowu trochę za bardzo się podpaliłem, próbując utrzymać się w pierwszej grupie, już pierwsze dwa podjazdy poszły dość mocno, po rozerwaniu grupy próbowałem dojść początek, przez co sporo energii poszło z dymem, jak się okazało nie potrzebnie bo grupy się i tak złączyły ostatecznie. Ten błąd na początku kosztował mnie odpadnięcie z czołówki na pierwszym dłuższym podjeździe, zabrakło mocy i potem trzeba było nadrabiać.

Od 1/3 wyścigu leciałem właściwie w małych kilkuosobowych grupkach, niestety na podjazdach raczej tracąc niż zyskując, ale jak wspomniałem nogi na góry jeszcze nie ma.

Walczyłem jednak do samego końca, zmieściłem się w czasie, który założyłem, ale było to i tak za mało na dobre miejsce, ostatecznie 112 na 278 startujących, bez szału, ale jak na pierwszy start w górach, na krótkim sprinterskim dystansie, należy przyjąć za udany.

Finisz, tak tym razem udało się finiszować, skurcze nie dawały o sobie znać przez cały wyścig, czyli suplementacja i witaminy były odpowiednie. A doping na mecie dodał jeszcze energii, zwłaszcza, jak zobaczyłem Zuzę, która przebiegła ze mną ostatnie kilkanaście metrów do mety pod górkę. Dziękuję jej za to z całego serca.

Klasyk się skończył, a za 5 dni kolejny start w ŻTC Super Prestige, tym razem w Mińsku Mazowieckim, zastanawiałem się jak nogi po górach, czy w tak krótkim czasie uda się je odpowiednio zregenerować. Adam jednak podszedł do planowania bardzo dobrze i wszystkie treningi rozpisał perfekcyjnie, udało się zrealizować każdy bez problemu i na wyścig jechałem ze świeżością i poprawionym w głowie planem. Tym razem planowałem trzymać się już dokładniej założonej z trenerem strategii.

Pogoda w Mińsku niemal idealna, słońce, ok 16 stopni i lekki wiatr. Oczywiście na trasie, która ponownie prowadziła po drodze technicznej wzdłuż trasy szybkiego ruchu, wiatr był albo centralnie w twarz lub w plecy.

Początek wyścigu był lekkim zaskoczeniem, ponieważ od samego startu grupa około 12 osób od razu przystąpiła do mocnej ucieczki i tak już dojechała do mety, ja natomiast wraz z kolejną około 30sto osobową grupą mocno, ale bez szarpania ruszyliśmy do przodu. Właściwie przez około pierwsze 50 km tempo głównie nadawała trójka Żoliberów, ja od czasu do czasu wchodziłem na krótkie zmiany. Niestety ponownie strażacy się nie popisali i na pierwszych dwóch okrążeniach źle pojechaliśmy, musielismy nawracać, zwykle w około 6-8 osób, co wiązało się z pogonią grupy i wychodzeniem ponownie na czoło.

Początek przez to był dość szarpany, ale potem na około 90km poszedłem w ucieczkę z trzema innymi chłopakami i tak jedno okrążenie uciekaliśmy co spowodowało, że goniąca nas grupa się uszczupliła i o dziwo Żolibery odpuściły z nie wiadomych mi przyczyn, ale może dlatego iż jeden z nich był w czołówce. Tak czy inaczej równo i zgodnie leciałem ze swoją grupą i na koniec ładnie finiszowaliśmy.

Tym razem plan udało się wykonać w 95%, gdyby nie te pomyłki na trasie pewnie obeszłoby się bez szarpania, ale z drugiej strony takie akcje też czegoś uczą, bo przecież trzeba być gotowym na wszystko. Grunt, że zebrałem mnóstwo nowych doświadczeń, lepiej pracowała głowa, a ja dojechałem bez żadnych problemów, usterek czy skurczy :) no prawie, bo już po finiszu, na rozjeździe mnie dopadły, ale i tak już jest o wiele lepiej niż na wyścigu dwa tygodnie wcześniej.

Dziś jestem po dniu wolnym, nie odczuwam jakiegoś większego zmęczenia. W planie dłuższy tlen ze sprintami i za dwa dni Mrozy, trasa długa, ale niestety na krótkich rundach liczących zaledwie 9km, co oznacza, że będziemy mieli ich do pokonania aż 14. Ciekawe jak tym razem będzie z wiatrem, aczkolwiek będziemy tym razem jechać w innym terenie.

Jedno rondo i 3 ostre zakręty w prawo, a tak poza tym to same długie proste, może być ciekawie. Trzymajcie kciuki za kolejny start i do zobaczenia gdzieś na trasie lub na wyścigach.

#polakpotrafi #proAmator #DrogaDoPerth #poweredbyEtixx #Airbike #eHaki #Attiq #MoziProject #StarzynskiCoach