Ronde Van Vlaanderen Cyklo…

…czyli wyprawa aby zmierzyć się ze słynnymi flandryjskimi brukami, ale także wycieczka do Holandii a dokładnie do Hagi, czyli kraju stworzonego dla rowerów.

DCIM110GOPRO

Rozgrzewka… to łagodna wersja bruków spotkana na ścieżce do morza w Hadze ;)

 

Wyjazd „planowany” od dawna, ale tak na prawdę, ogarnięty na tydzień przed. Jedynie mieliśmy na długo wcześniej opłacone starty i załatwiony nocleg w Hadze, dzięki uprzejmości Roberta, któremu raz jeszcze dziękuję w swoim imieniu i chłopaków za gościnę.

Wyjazd logistycznie może nie zaplanowany najlepiej bo w 3 dni zrobiliśmy autem 3880km a na rowerach 272km Ja, a Radek z Czarkiem o 98km więcej, bo w końcu to Ultrasi, więc nie mogli pojechać na krótszy dystans.

Dużo tych kilometrów, ale z Hagi do Brugge czy Oudenaarde mieliśmy ponad 200km w jedną stronę, a były to miejsca naszych startów oraz odbioru pakietów startowych.

W związku z dużą liczbą uczestników – 16 000 osób łącznie na wszystkich dystansach – obawialiśmy się utknięcia w kolejce, więc pierwszego dnia po przyjechaniu do Hagi postanowiliśmy pojechać po odbiór pakietów…

Ale nie tak szybko, należało się przespać chociaż ze 4-5 godzin i zrobić mały rozruch, więc razem z Robertem udaliśmy się w stronę morza… i pierwsze zaskoczenie… tu wszędzie są ścieżki i to jakie, asfalty, brak krawężników, a przyciski świateł do przejazdu przez skrzyżowanie działają niemal natychmiast…

DCIM110GOPRO

nie wiem jak, ale te łączenie między drogami były ledwo wyczuwalne

DCIM110GOPRO

Piękna pogoda, równiutkie ścieżki, oddzielone od drogi i chodników… bosko

Nie mogliśmy się nadziwić, w lewo, w prawo, wszędzie ścieżki… zrobienie treningu, tempa czy jakiegokolwiek innego, żaden problem…

Ścieżka, którą jechaliśmy nad morzem wydawała się ciągnąć w nieskończoność, chociaż podobno zwykle w weekendy była bardziej zatłoczona, bo w piątek po 12.00 była właściwie pusta.

Energia nas rozpierała, pomimo, że mieliśmy pojechać w tlenie to po prostu się nie dawało, bo taaaakie długie proste i ścieżki w lepszym stanie niż większość naszych dróg.

DCIM110GOPRO

Ścieżka wzdłuż wału, jeśli trafił się spacerowicz to ładnie schodził na bok

DCIM110GOPRO

A to już ścieżka wzdłuż wybrzeża i Robert opowiadający o okolicy

DCIM110GOPRO

Nic tylko jechać przed siebie

DCIM110GOPRO

Zejście na plażę i test pierwszych bruków, które okazały się asfaltem w porównaniu z tymi flandryjskimi :)

DCIM110GOPRO

Obok ścieżka dla pieszych, były też ścieżki dla koni :)

Po krótkim bo zaledwie 40to kilku kilometrowym rozjeździe postanowiliśmy pojechać po nasze numery numery startowe… i tak spędziliśmy kolejne 4 godziny w aucie, dzięki czemu porozmawialiśmy z Robertem o Holandii i panujących tu zwyczajach. Dowiedzieliśmy się o kilkunastu ciekawostkach, jak np. o tym, że jak to w Amsterdamie podczas deszczu światła mają czujniki które przestawiają tryb ich działania tak aby samochody częściej stały a rowerzyści mogli szybciej przejeżdżać, inna ciekawostka to wielkie misy pod wieszakami w szkołach do których spływa woda z kurtek przeciwdeszczowych… bo tam zawsze, wszędzie jeździ się na rowerze. Taki to fajny kraj dla cyklistów.

Po powrocie do domu zabraliśmy się za szykowanie do wyścigu, przyczepianie numerów, czyszczenie rowerów i szykowanie ciuchów. Ja byłem odpowiedzialny za nasze śniadanie które mieliśmy zjeść za 5 godzin, bo przecież pobudka o 4 na ranem. Zrobiłem więc dwa omlety mocy i pokroiłem je na części, tak abyśmy rano mogli je zjeść po drodze na wyścig, bo w końcu 200km będziemy chwilę jechać ;)

IMG_20160401_220646

Numer zamocowany, można iść spać

Gdy dojechaliśmy z chłopakami na ich start, czyli do Brugge, poczekaliśmy z Robertem aż się ogarną, przebiorą i ruszą za migającymi światełkami. To było niesamowite, wjeżdżamy do „śpiącego” jeszcze miasta o 6.30, jeszcze ciemno i wszędzie migające rowerowe lampki, nie musieliśmy prawie szukać drogi na start.

Gdy Radek z Cezarym ruszyli, wsiadłem za kierownicę, ustawiliśmy nawigację, która pokazała 88km do mojego startu, otworzyłem sobie pojemnik z omletem i ruszyliśmy. Dotarliśmy chwilę przed 8, ale nie tylko my, przebijaliśmy się na parking jeszcze ok 15-20 minut, po czym szybko wyskoczyłem, zmieniłem obuwie, założyłem rękawki, spakowałem niezbędne rzeczy w kieszonki i na Białą Strzałę,  bo w końcu start był otwarty do 9.

I tak linię Startu przekroczyłem o 8.30? ale nikt nie chciał się ścigać… czy to jakaś wycieczka… i tak przez pierwsze 3km, przebijałem się ścieżkami miedzy tłumem kolarzy amatorów, którzy przyjechali na piknik… bo to w końcu „cyklo”…

Ale ja miałem plan do wykonania więc ostro cisnąłem do przodu wymijając dziesiątki cyklistów, którzy czasem stawali na sweet focie z wiatrakiem czy innym pięknym widoczkiem. No tak wyglądało niestety Ronde przez ok 70% trasy. Ja jednak cisnąłem dalej, nawet na 40km, udało się pojechać po zmianach przez ok 10km, niestety tylko do momentu wzniesienia, po którym jeden z kolarzy musiał poczekać na kolegą i znowu zacząłem jechać sam.

Dalej mijałem mnóstwo „cyklistów-turystów” i walczyłem z brukami, ręce powoli zaczynały boleć, ale jechałem dalej licząc, że znowu kogoś chętnego do szybszej jazdy złapię.

Prąc tak do przodu, walcząc z samym sobą nadszedł 76km… czyli kolejna sekcja brukowa o ciekawie brzmiącej nazwie Mariaborrestraat, chwilę po słynnym Koppenbergu na którym 3 razy spadł mi łańcuch. Na tej sekcji niestety awarii uległ wózek przerzutki, który tak się wygiął, że wpadł w „światło” koła i zatrzymał się na szprychach.

Całe szczęście zatrzymałem się od razu, dzięki czemu uniknąłem zmielenia kilku szprych i prawdopodobnie zakończenia wycieczki. Nie ukrywam, że byłem podłamany, ale stwierdziłem, że przejadę do końca te 50km bez 3 najlżejszych przełożeń… Jedyną przeszkadzającą rzeczą było piszczenie wygiętych kółek w wózku.

Miałem przed sobą jeszcze 8 podjazdów w tym Oude Kwaremont i Paterberg, więc jeszcze na ok 80km podjechałem do „stanowiska serwisowego” gdzie przemiły pan z kluczem francuskim postanowił trochę mi pomóc. Wiedziałem, że skoro można jechać to trzeba cisnąć do mety, bo szkoda zejść i odpuścić, nie po to przejechałem tyle kilometrów

IMG_20160402_163549

To był ok 80km… lotny serwis… i próba ratowania tylnego wózka

Raz jeszcze udało mi się złapać jakiegoś szybkiego kolesia, z którym ładnie przepracowaliśmy kilka km, ale po dojechaniu do bufetu postanowił także poczekać na swojego znajomego… no i wtedy do 120km jechałem już cały czas sam, cisnąć ile się dało, wymijając mnóstwo cyklistów.

Ale właśnie, bufety :) widać było po nich że jest to przejażdżka, impreza dla turystów, żałuję, że nie zrobiłem żadnego zdjęcia, ale po prostu przy żadnym się nie zatrzymywałem, miałem wszystko przy sobie.

Bufet to nie kilka stolików pod parasolką a wielkie odgrodzone barierkami place z ogromnym namiotem na środku i stołami zastawionymi jedzeniem, normalnie piknik, trochę szkoda, że się nie zatrzymywałem, ale nie taki był cel tego wyjazdu.

Po drodze była tez strefa Red Bull, gdzie normalnie trwała impreza, hostessy, energetyki i głośna muzyka…

I tak, leciałem do 120km, gdzie dopadła mnie 7mio osobowa grupa, z która już właściwie na kole dociągnąłem do mety, która jak się później okazało nie była docelową, a jedynie metą dla zawodowców, którzy startowali następnego dnia. Od tamtego miejsca mieliśmy jeszcze do przejechania ok 5km, ale wszyscy jechali już spacerowo na luzie. Ja tak samo :)

Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie i mogłem czekać na chłopaków.

IMG_20160402_131803

Dojechałem, ale rower już na ramię, żeby nie skrzeczał już więcej

W między czasie skorzystałem z darmowego masażu, który był zapewniony przez Skodę a potem po zarezerwowaniu masażu dla chłopaków, czekałem już w spokoju na nich z Robertem.

Po powrocie do Hagi, zdecydowaliśmy, że rozjazd w niedzielę zrobimy na miejscu a Ronde obejrzymy w TV, nie mieliśmy już siły na kolejne wojaże.

Robert poprosił znajomych, żeby przejechali się z nami, pokazali nam kilka miejsc i tak zrobiliśmy z nimi w niedzielę jeszcze 97km, z czego 90km po ścieżkach. Jedynym problemem był fakt w którą stronę jechać, bo gdzie nie skręcaliśmy były kilometry pięknych równych ścieżek.

W ten sposób zakończyliśmy naszą rowerową wycieczkę na Ronde Van Vlaanderen, co ciekawe, zaraz po „wyścigu” i jeszcze przez kilka dni byłem pewny, że już raz wystarczy i więcej bruków już nie chcę widzieć, ale dziś opisując tę historię, stwierdzam, że gdybym miał grubsze opony, nawet 30 a nie 25, i może lepszy rower, to jazda nie musiałaby być tak nie przyjemna, w końcu zawodowcy lubią te wyścigi.

Może kiedyś jeszcze spróbuję, może Ronde a może Paryż-Roubaix… czas pokaże…

Teraz skupiam się już na ruszającym w najbliższą niedzielę cyklu ŻTC, którym zainauguruję swój sezon szosowy na poważnie.

Trzymajcie kciuki, a poniżej jeszcze kilka zdjęć z niedzielnego rozjazdu po holenderskich ścieżkach ;)

DCIM110GOPRO

Ścieżki, wszędzie ścieżki :)

DCIM110GOPRO

I te ogródki przed domami, kanałki, mostki, bosko

DCIM110GOPRO

Jedziesz i jedziesz, i chcesz więcej

DCIM110GOPRO

Cisza, spokój, równiutkie asfalty

DCIM110GOPRO

Tak właśnie było :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s