Kampania Majowa czyli 1515km i 6 wyścigów w nogach

To był na prawdę ciężko przepracowany miesiąc, o czym może nie świadczy ilość zrobionych kilometrów, bo 1515km to może nie tak dużo dla osób sporo jeżdżących, ale w tym jednym miesiącu zaliczyłem 6 wyścigów w tym dwa po górach.

Maj

26 razy na rowerze, raz na siłowni – trochę tego było, ale regularność kluczem do sukcesu

Zmęczenie tym wszystkim a także końcówka zbiórki z Polak Potrafi czy kolejne zakończenie miesiąca punktowanych treningów Pętli Kopernika tak zajęły mi głowę, że napisanie tego wpisu trwało wieki… dokładnie po wrzuceniu powyższej grafiki minęło 12 dni… Ale dziś stwierdziłem, że trzeba się za to zabrać i dalej pisać co się u mnie dzieje i jak minął ten maj.

O pierwszych wyścigach już było, potem nadeszły Mrozy, dość dziwny wyścig, pomijając 14 rund, gdyż na starcie było nas 12stu… tak dwunastu. Przez pierwsze 8-9 okrążeń było raczej spokojnie, kilka osób próbowało pojedynczych odjazdów, nawet ja raz tak dla treningu, bo strategia i plan były dość jasno określone.

Potem dopiero zaczęło się ściganie, gdy Darek Kołakowski na chyba 11 okrążeniu postanowił po raz trzeci odjechać, my (peleton, a raczej reszta) zaczęliśmy powoli go ścigać, ale jak się okazało zbyt wolno, potem odskoczył jeden kolega, którego niestety zignorowaliśmy, sądząc, że nie dojdzie Darka. To był błąd, gdyż udało mu się i razem dojechali do mety a my grupą finiszowaliśmy. Zdążyliśmy przed deszczem, który spadł ok 40min później, podczas biegu, który był rozgrywany na naszej rundzie. A ja w ramach rozjazdu postanowiłem jechać obok biegnącej Zuzy i ją dopingować. Deszcz przemoczył nas do cna, ale wyjazd do Mrozów był dla nas bardzo motywujący.

Kolejny na rozkładzie weekend był wyzwaniem i kolejnym testem, gdyż były to dwa wyścigi, jeden w sobotę w Rawie Mazowieckiej  a drugi w niedzielę w Nowym Kawęczynie. W związku z tym, iż jeden wyścig był oddalony od drugiego o kilkanaście kilometrów postanowiliśmy spędzić ten weekend nad Zalewem Tatar, który okazał się świetnie zagospodarowanym miejscem, zarówno dla urlopowiczów jak i sportowców, ja miałem gdzie pojeździć a Zuza pobiegać i popływać.

 

Jednak, wracając do ścigania, jak wspomniałem na początku, to był test dla nóg, jak zniosą dwa pod rząd wyścigi. Z tego też powodu plan był prosty, w sobotę mądrze i z głową, bez szarpania (na ile się da), bez zmian czy ucieczek. Prawie się udało, prawie, gdyż było sporo akcji zaczepnych, więc starałem się żadnej nie odpuścić, ale jednocześnie też żadnej nie spawać.

Raz po jedynym szybszym zjeździe trochę przez przypadek udało mi się odjechać grupie i przez chwilę z jednym zawodnikiem uciekaliśmy, ale pamiętając plan, nie cisnąłem za mocno i w końcu grupa nas doszła. Dalej do końca już równo, schowany jechałem z peletonem. Niestety na ostatnim okrążeniu na jednym jedynym podjeździe, na który wjeżdżałem jako drugi i może trochę za mocno poszedłem, złapały mnie straszne skurcze (czwórki jednocześnie w lewej i prawej nodze), aż musiałem się wypiąć i zatrzymać żeby je „przełamać”… od tamtej pory już dbam o tę kwestię i póki co to był ostatni raz :)

Wracając do wyścigu, po tej „awarii” szybko wsiadłem i zacząłem gonić grupę, miałem ich przed sobą ok 150-200m i wiedziałem, że za chwilę będzie moment, gdzie na zjeździe mogę ich dojść i się udało, niestety wyprułem się totalnie i właściwie przez kilka najbliższych kilometrów dochodziłem do siebie po tej pogoni. Na finisz już trochę zabrakło energii, ale kilka osób jeszcze udało mi się wyprzedzić.

 

Kolejny był Nowy Kawęczyn, wyścig od którego zaczynałem w zeszłym roku przygodę z takim ściganiem i na którym wypadłem z trasy… w tym roku zakręt na którym się to wtedy stało brałem już jak należy ;) Co do wyścigu to była wielka niewiadoma, jak nogi po dniu poprzednim, czy jest moc, wytrzymałość, świeżość? Okazało się, że nie odczuwam bólu czy zmęczenia, co było dobrym prognostykiem i jechałem dość zmotywowany na linię startu.

Początek był, przynajmniej miałem takie wrażenie lżejszy niż rok temu, a może to jednak ja stałem się mocniejszy, sprawdziłem i w tym roku było szybciej, czyli jest progres. Szybko jednak okazało się, że przy mocniejszych pociągnięciach brakuje chwilowej mocy, jakbym stracił 1/3 WATów… dochodzenie do ucieczek było bolesne i szybko odcinało prąd. Czyli jednak zmęczenie było, ale inne niż się spodziewałem, gdyż do ostatniej rundy jechałem równo z czołówką i wytrzymałościowo było ok, ale na pół okrążenia przed końcem nie było mocy na odpieranie ucieczek czy ataków, brakowało WATów, szybko odcinało i pomimo, że finiszowałem, to szału nie było.

Cieszy jednak fakt, że jestem w stanie przejechać jeden wyścig po drugim w czołowej grupie, wstydu nie było.

Jednak należało wrócić już do Warszawy i szykować się do kolejnego wyścigu i to nie byle jakiego bo drugiego w tym sezonie wyścigu po górach i siódmego pod rząd… tak to była taka wisienka na koniec.

 

Ten wyjazd był jednak trochę inny niż wszystkie, tak to już jest jak się jedzie z ekipą :) Maciek Hop z Pandą wszystko zorganizowali i tak pojechaliśmy wesołym Traffic’iem w stronę Novej Leśnej na Słowacji… o zgrozo, oczywiście był to długi weekend, Zakopianka stała, więc po kilku wskazówkach od Wujka Googla postanowiliśmy jej część ominąć :) i tak zmierzyliśmy się z kolejnym problem, sztywnymi podjazdami, których wypełniony bus może nie dać rady. Oczywiście byliśmy nimi zafascynowani, bo jaki byłby tu fajny wyścig, dobra sztajfa… ale jak zobaczyliśmy jak jedna ekipa pcha swojego busa, postanowiliśmy wysiąść, żeby Maciek spokojniej mógł podjechać. I tak po 10h jazdy dojechaliśmy na miejsce, uff :)

A teraz szybko na rowery, trzeba przecież rozruszać nogi po takiej długiej podróży i tak zrobiliśmy 50km i prawie 1000mUP, niby razem, ale każdy swoje, jedynie udało się zrobić kilka wspólnych fot na Štrbské Pleso. Oj Ładnie tam, warto było podjechać.

 

Oczywiście mieliśmy jeszcze jeden wolny dzień, więc trochę pozwiedzałem, zrobiłem rekonesans części trasy, między innymi ostatni 3km podjazd, tzw. Hrebienok, a było to ważne, dzięki temu wiedziałem, żeby trochę zostawić sił na końcówkę, bo nie jest na Jarnej byle jaka. Gdy masz w nogach 115km i wiesz, że czeka cię tylko, a może aż jeden jeszcze, może krótki, ale dość wymagający podjazd ze średnim 9%, to ważne, jest żeby wcześniej się z nim zapoznać. I pomimo, że miałem wrażenie że jadę go w ślimaczym tempie to okazało się, że jest znacznie szybciej (15:53 vs 22:12) niż dzień dwa dni wcześniej na rozgrzewce :) Oczywiście najlepsi podjeżdżali to o wiele szybciej, ale ja z tego startu i tak jestem bardzo zadowolony, ale o nim jeszcze za chwilę.

Wracając do okolic Vysokich Tatr czy Smokovca, okolica jest piękna, widoki boskie do Popradu „rzut beretem”, jednak przez 3-4 dni można tu zjechać prawie całą okolicę, oczywiście rowerem i zobaczyć to co jest godne polecenia.

 

Sliezsky Dom, czyli taki „rozjazd” na dobicie nóg, dzień po wyścigu :) tak to był hardcore, brakowało mi ręcznika a może czapeczki? po 25 minutach już przestały mi przeszkadzać potoki potu spływające z czoła a do góry było jeszcze 16min… 9,8km średnie 10% i 645m w pionie… taki właśnie chłopaki zafundowali mi rozjazd… ale warto było i dziękuję za to :) serio, widoki na koniec sprawiły, że zapomniałem o tym 41minutowym podjeździe.

Hmm, a teraz może trochę jeszcze o wyścigu, który sam w sobie jest bardzo ciekawy, zwłaszcza początek. Pierwsze 56km to praktycznie głównie zjazd w dół, więc do tego momentu średnią miałem 43km/h, oczywiście były dwa podjazdy, jeden na 7km, ale te 2km w grupie podjechaliśmy ze średnią 34km/h więc było na prawdę szybko. Problemem był fakt, że była to na prawdę wielka grupa, jakie zdziwienie było gdy niektórzy w tym ja nie zmieścili się na rondzie i jechali między zdezorientowanymi kierowcami zatrzymanymi przed służby pilnujące wyścig :)

Ale po wspomnianych 56km zaczęła się walka i pierwsze kraksy, właściwie to widziałem jedną, właściwie jednego kolarza, który jednak dość konkretnie rozciągnął peleton i zaczęła się walka… Niestety nie wytrzymałem tego i podczas walki na rantach odpadłem na 63km z pierwszej grupy, potem walcząc z kilkoma osobami na leśnych podjazdach niestety po 10km zostałem w parze z kolegą, z którym do około 92km próbowaliśmy gonić czołówkę, ostatecznie co skończyło się tym, że dopadła nas druga grupa i znowu zaczęła się szybsza wspólna jazda.

Oczywiście w końcu dopadł nas przez wszystkich oczekiwany deszcz, a właściwie tak lunęło, że w ciągu 10minut nie mieliśmy już nic suchego a w butach mieliśmy mini kałuże. Ale trochę to pomogło, gdyż trochę spadła temperatura a było dość duszno. Gdy dojechaliśmy do przedostatniego podjazdu Vyšné Hágy znowu wszystko się porwało i jechałem właściwie sam.

Jako, że na poprzednim wyścigu w górach zostałem objechany przez jedną dziewczynę, tym razem nie mogłem sobie na to pozwolić a widziałem jedną przed sobą na tym podjeździe, i miałem do niej około 200m. Wiedziałem, że potem będzie długa 9km prosta przed wspomnianym wcześniej Hrebienokiem i tam będę miał swoją szansę. Równo ale mocno podjechałem do góry i ruszyłem w pogoń wyprzedzając kilka osób, a trzy w tym wyprzedzona dziewczyna siedli mi na koło. Zdecydowałem się na odjazd na ostatnich 3km, tak żeby zrobić sobie przewagę przed wspinaniem się po „H”.

Na metę dojechałem mega zadowolony, pomimo, że wydawało mi się, że stanę na „H”, ale jak już wspominałem nie było aż tak wolno. Sam wynik może i nie zachwyca bo 77 miejsce, szału nie robi, ale ważne, że jest spory progres zwłaszcza jeśli porównam ten start nawet z Klasykiem Beskidzkim, który był kilka tygodni wcześniej. Jak określił to trener, kolejny etap przygotowań za nami i wchodzimy w decydujący, czyli ostatnie szlify i regenerowanie nóg przed Australią, co oczywiście nie oznacza obijania się.

Najbliższy start to Mistrzostwa Polski Masters w Brodnicy, już 19 Czerwca, trasę objechałem w miniony weekend i wg mnie, będzie to najtrudniejsza trasa spośród moich tegorocznych. Zwłaszcza, jeśli będzie tak wiało jak podczas mojego objazdu. Obstawiam, że wyścig może się rozstrzygnąć już na pierwszych 20km na dojeździe do rund, ale obym się mylił. Zobaczymy jak będzie.

Sporo się działo, ale teraz wpisy będą już bardziej regularnie i nie że jeden na miesiąc :)

Następny już za tydzień, czyli relacja na gorąco z Mistrzostw Polski.

PS. Licencja już wyrobiona :) Czas szykować się już do wyjazdu do Perth.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s