Back to Sralpe… czyli pierwszy tydzień po zgrupowaniu

Po dwóch wspaniałych, aczkolwiek trudnych i wyczerpujących tygodniach nadszedł czas powrotu do rzeczywistości… Po wyjściu z samolotu, było nawet słońce i temperatura w okolicach  5 stopni, nie było jeszcze tak tragicznie, nawet gdzieniegdzie leżący śnieg jakoś bardzo mi nie przeszkadzał.

Baaardzo wczesny powrót przełożył się na szybki zgon po dotarciu do domu, gdy jedząc drugie śniadanie, zasnąłem na siedząco… pewnie było to spowodowane też tym, że ostatniego dnia nie próżnowałem, zdobyłem szczyt Col de Rates (ten właściwy) i nie poszedłem spać w oczekiwaniu na busa, który miał nas zawieźć na lotnisko…

Ale wracając do meritum, po przebudzeniu wsadziłem swoje cztery litery na czołg i ruszyłem do Kabackiego na półtorej godziny, które pomimo dwóch stopni okazały się bardzo przyjemne.

Następnego dnia razem z ekipą postanowiłem wybrać się tym razem do Kampinosu na 3h w tlenie prosząc o spokojną jazdę. Oczywiście na koniec musiałem przepalić łydę na jednym singlu co nie oczekiwanie przyniosło Overalla :)

Powrót był zatem bardzo udany, bo i pogoda i ekipa, wszystko na plus, zaczęło się dobrze :)

No dobra, ale żeby nie było tak pięknie, trzeba było wrócić do pracy. Na szczęście jak zawsze w poniedziałek miałem DayOff od roweru… nie było nawet tak źle, przeżyłem i padłem po 2otej… musiałem się porządnie wyspać i takie przyjąłem założenie na ten tydzień… trzeba się zregenerować po zgrupce.

Czarna została wypakowana wreszcie z walizki, ale musiała czekać aż do soboty na złożenie, przeczyszczenie i nasmarowanie, nie miałem siły i potrzeby, żeby zrobić to szybciej, bo przecież była na miejscu Biała Strzała.

Ale żeby nie było tak pięknie, przyszedł czas na pierwszą od ponad dwóch tygodni siłownię i wtedy poczułem, ile energii i sił zostawiłem w Hiszpanii, ciężko szło, trening zrobiłem ale potem cierpiałem aż do soboty, zakwasy, obolałe mięśnie i kilka siniaków, które pojawiły się nie wiadomo skąd, były znakiem, że jednak zgrupka była ciężka.

Dodatkowo w środę miałem zrobić tlen ze sprintami, a temperatura nie była zbyt przekonująca i wtedy przypomniałem sobie co oznacza powrót do Sralpe… ubranie się to wyzwanie :) grunt, żeby o niczym nie zapomnieć, zwłaszcza założyć pulsometr…

Trening bolał, zwłaszcza sprinty, mięśnie bolały, jakby je ktoś kijem poobijał, ale to tylko pozostałości po siłowni, rozjeździ się wmawiałem sobie, a znajomi w pracy śmiali się bo wyglądałem jak połamany. Ale co tam, do września dużo czasu nie zostało, a #treningsamsieniezrobi

Na szczęście tydzień szybko się skończył i przyszedł długo wyczekiwany weekend, niestety pogoda nadal nie rozpieszczała ,więc nie wyszła nam szybka ustawka szosowa, więc postanowiłem zrobić sobie dwie szybkie rundy po Kabackim.

Szybko przywykłem znowu do tutejszej pogody, bo lekka mżawka i pełno błota w lesie w ogóle mi nie przeszkadzały, może ludzie dziwnie się patrzyli ale co tam. Było ślisko, więc mogłem poćwiczyć szybka jazdę w trudnych warunkach, balans ciałem, poślizgi, szybkie zakręty. Przy okazji była to świetna zabawa i dobre przetarcie przed kolejną Mazovią, na której prawdopodobnie będą takie same warunki.

To były naprawdę dobre dwie godziny, błoto i niska temperatura wcale nie przeszkadzały, a trening był bardzo udany, dodatkowo osiągnięte czasy napawają optymizmem przed zawodami, czasy poprawiłem znacznie z porównaniu do zeszłorocznych prób na tych odcinkach.

Weekend zapowiadał się bardzo dobrze, tylko gdyby nie ten deszcz, ale jak to mówią, nie ma złej pogody na rower i w pełni wyznaję tę zasadę, zwłaszcza, że #treningsamsieniezrobi a do trenażera przekonać się nie mogę.

W niedzielę „okno” pogodowe miało być od 11 więc razem z Radkiem umówiłem się na 10.30 na Wilanowie, w planie 4h w tlenie i około 100km. Przyjechał jeszcze brat Radka, więc miałem za towarzyszy dwóch ultrasów i tak też w trzech ruszyliśmy w drobnym deszczyku w stronę Góry Kalwarii przez Gassy, gdzie staraliśmy się nie przekraczać 30km/h :p (zorientowani będą wiedzieli o co kaman)

Po dwóch godzinach przestało padać a pół godziny później zaczęło nawet grzać po plecach słońce na co zareagowaliśmy okrzykami radości ;) sralpe!!!

Radek cisnął swoje WATy a ja starałem się jechać w tlenie z tyłu i tak wyszło nam trochę dłużej niż zakładaliśmy, ale skoro tak dobrze się jechało to czemu nie… wynik końcowy 121km, na jednym bidonie, bananie i dwóch marsach… 4h i 18min jazdy, nieźle… ale nie byłoby tego wszystkiego gdyby nie omlet mocy ;)

Przepis mega prosty, a daje sporo energii, zresztą całe zgrupowanie śmigałem na tych omletach… no i są przepyszne ;)

Ale to nie wszystko, chyba tego tygodnia i całego zgrupowanie nie przeżyłbym gdyby nie rege shake’i od Etixxu i nie tylko… ale to w kolejnym wpisie… chociaż muszę jeszcze je przetestować, ale znacznie szybciej mam wrażenie wracam do sił i tak ciężko nie znoszę każdego treningu. Chyba jest w nich jakąś moc, ale jak napisałem muszę konkretniej jeszcze potestować.

No więc tak minął mój pierwszy tydzień po Calpe, było ciężko zwłaszcza po powrocie na siłownię, ale przeżyłem.

Jutro DayOff, a potem wracam do właściwych treningów no i w niedzielę kolejna Mazovia, na której mam zamiar dać z siebie więcej niż na poprzedniej i nie dać się objechać pewnej osobie ;)

Stay tuned ;)

PS. o powrocie do rzeczywistości polecam też dzisiejszy wpis Maćka :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s